Cukrzycę mam odkąd pamiętam. Dowiedziałam się o niej – a raczej dowiedzieli się o niej moi rodzice – w 1987 ro
ku, kiedy miałam równo rok i cztery miesiące. Nie muszę chyba mówić, że czasy były trudne. Ostatnie lata komuny, w sklepach kolejki 
i pustki na półkach. Mało osób pewnie jednak ma świadomość, że życie 
z cukrzycą było wtedy bardzo trudne, wynikało również z „braku”. Braku nawet nie pomp insulinowych, ale także penów, dokładnych strzykawek. I przede wszystkim – glukometrów. Wyobrażacie sobie teraz takie życie?

Każda „nowinka” – nowe ludzkie insuliny, peny, coraz to wymyślniejsze glukometry – dawała nowe możliwości. Dlatego każdy rok mojej współpracy z cukrzycą był coraz lepszy. Z każdym rokiem pojawiały się też nowe zainteresowania i pasje. 
A gdy do „nowinek” dołączyła pompa insulinowa, w końcu znalazłam te dwie najważniejsze – wodę i wiatr. Uwielbiam żeglować z wiatrem po wodzie. I zwiedzać wodę… od środka.

 

 

 

Woda. Czy może wiatr?

Będąc na jachcie, siła i potęga natury są bardzo namacalne. A piękna świata – słońca, chmur, malowniczego
 wybrzeża – nie da się wtedy opisać. Na żagle „mazurskie” jeżdżę odkąd pamiętam, mam też patent żeglarski. Cukrzyca nigdy nie była do tego przeciwwskazaniem, ale kiedy silnie wiało, łódka bujała się na falach, a do portu czy bindugi było daleko – robienie zastrzyków nie było zbyt przyjemne. Dlatego moje pierwsze mazury z pompą insulinową były naprawdę „z pompą”. 
Od razu z Pojezierza Mazurskiego wyruszyłam na „prawdziwe” żeglowanie morskie – na Bałtyk. Wtedy właśnie zakochałam się w wodzie.

Morze Śródziemne, Egejskie, 
Północne... A pompa i cukrzyca – zawsze razem ze mną. Chociaż czasami bywa ciężko – gdy przez tydzień płynie się non stop, gdy jacht zalewają kilkumetrowe fale, a nawet w najgorszy mróz trzeba wyjść na wachtę i czy słońce, czy deszcz walczyć 
z naturą – w ogólnym rozrachunku zawsze jest cudownie. Człowiek jest wtedy prawdziwie wolny. Zależny tylko od wody i wiatru...

Wszędzie z pompą

Woda jest pasjonująca nie tylko 
z zewnątrz. Także od środka, a raczej… od spodu. Podwodny świat – malownicze rafy, niesamowicie ubarwione ryby, zaczepiające delfiny oraz groźnie sunące rekiny – widziane na własne oczy – są moim najpiękniejszym 
wspomnieniem. Jako licencjonowany 
nurek zwiedzałam najbardziej tajemnicze miejsca ziemi nawet
 do 40 metrów pod powierzchnią. 
Obserwowałam świat podwodnego
 parku narodowego w Egipcie, 
w którym przy 800-metrowej skarpie żyją ogromne ryby. Pływałam 
z delfinami, zwiedzałam podwodne
 jaskinie Czarnogóry, oglądałam 
żółwie wysepki w Grecji… Zawsze 
z pompą, glukometrem i cukrem.

Zwiedzanie świata z perspektywy wody to dla mnie najlepsze, co może być. A cukrzyca nie ma tu nic do gadania. Zresztą, nie ma też przy innych czynnościach – profesjonalnych treningach piłkarskich w żeńskim klubie czy codziennym dojeżdżaniu do pracy rowerem.

Chciałabym, by osoby z cukrzycą miały takie możliwości do spełniania marzeń jak ja. By mogły być 
mistrzami olimpijskimi, ludźmi mentalnie zdrowymi, takimi, dla których cukrzyca jest tylko pewnym stanem, ale nie obciążeniem. Dlatego swoimi doświadczeniami i wiedzą postanowiłam dzielić się 
z innymi i obecnie zawodowo zajmuję się edukacją diabetologiczną dzieci w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie i dorosłych w ramach projektu Edu-Cukrzyca. A czego bym sobie życzyła? Nurkowania na australijskiej Wielkiej Rafie Koralowej. I dopłynięcia do niej z Polski jachtem…