dybym na samym początku trafiła pod kompleksową opiekę endokrynologa, edukatora cukrzycowego i dietetyka oraz przyjmowała odpowiednie witaminy i mikroelementy, to nie doszłoby do tych powikłań, a ja byłabym osobą w pełni sprawną.

Cukrzyca typu 2 spadła na mnie niespodziewanie w 2005 roku podczas badań wstępnych do pracy. Miałam wtedy 30 lat. Dostałam leki doustne, z czasem dawki rosły. Generalnie dobrze się czułam, cukry nie przekraczały 200. Równocześnie zdiagnozowano u mnie chorobę Haschimoto wraz z niedoczynnością tarczycy i PCOS.

Po kilku latach przeprowadziłam się do innego miasta, pojawił się długotrwały silny stres wywołany sprawami osobistymi. Kilkukrotnie trafiłam do szpitala z cukrami 400-500. Ogromne dawki insuliny nie pomagały, wręcz potęgowały insulinooporność. Przytyłam 30 kilogramów. Towarzyszyły mi wieczne zmęczenie, senność, bezsenność, depresja, nietrzymanie moczu i potworne pragnienie.

Pierwsze powikłania w obrębie stóp pojawiły się 2 lata temu, po 10 latach od wykrycia choroby. Zaczęło się od pieczenia, w końcu doszło do tego, że odczuwałam mrowienie i drętwienie stóp, w kilku palcach nie miałam czucia, a silny ból utrudniał chodzenie. Coraz gorzej widziałam pomimo dobrego wzroku. Na to nałożyły się problemy z kręgosłupem i objawy neurologiczne, zwyrodnienia stawów. Zaczęłam samoedukację w Internecie. Zmieniłam lekarza.

Obecna pani doktor kładzie znaczny nacisk na badania profilaktyczne, właściwą dietę i ruch. Oprócz leków doustnych i insulinoterapii od 2 miesięcy przyjmuję benfotiaminę rano i wieczorem. Mam edukatora, dietetyczkę i wsparcie psychologa w programie cukrzycowym.

Zaczynam ćwiczyć schorowane ciało. Nasilone objawy ustąpiły. Bardzo powoli wracam do sprawności psychofizycznej, cukry się normują. Z perspektywy czasu widzę, jak ważna jest profilaktyka i edukacja chorób układu autoimmunologicznego, szczególnie cukrzycy tak często towarzyszącej innym chorobom.

W wieku 42 lat, po 12 latach jestem wrakiem skazanym na izolację społeczną. Za te pieniądze, które poszły na leczenie, mogłabym kupić dobry samochód czy wyjeżdżać na atrakcyjne wczasy.

Obcy ludzie, często lekarze, traktują mnie jak obżarciucha, którego najlepiej wysłać na resekcję żołądka. Uciekłam z oddziału chirurgicznego po tym, jak zobaczyłam ile i co ludzie potrafią zjeść, nie myśląc o konsekwencjach.

Od wielu lat staram się zdrowo odżywiać, popełniałam błędy dietetyczne wynikające z braku edukacji, ale nigdy się nie objadałam, fastfoody omijam szerokim łukiem, nie pamiętam smaku napojów gazowanych, żywność kupuję świadomie czytając etykiety.

Często czuję na sobie spojrzenia innych ludzi, słyszę niewybredne komentarze na basenie. Nawet znajomi wstydzą pokazywać się ze skromnie ubranym grubasem, a odkąd jestem na rencie i korzystam z pomocy opieki społecznej, to kontakty praktycznie zupełnie zamarły. Nie mam ani jednej osoby, na którą mogłabym liczyć, poza moimi Rodzicami. Zresztą, wiedza społeczeństwa jest taka, że wiele osób podałoby mi insulinę przy niedocukrzeniu.

Po kilku latach samotności postanowiłam ułożyć sobie życie jak tylko lepiej się poczułam. Zalogowałam się na portalach randkowych, gdzie spotkałam się z kompletnym odrzuceniem ze względu na stan zdrowia i finansów.

Pracy też nie potrafię znaleźć, ponieważ rekrutacja kończy się na pytaniu o grupę inwalidzką. Cukrzyca działa jak straszak na pracodawcę.

Jednak ja się nie poddam. Podjęłam walkę o siebie i nie zboczę z tej drogi. Za rok nie stanę drugi raz w kolejce po rentę. Teraz wystartowałam w maratonie, a na mecie czeka Życie…


 
Materiał przygotowała Mariola Hayek.